Odpowiedź na pytanie „kto wynalazł e-papierosa” zależy od tego, czy pytamy o pomysł, czy o produkt. Pomysł ma ponad sto lat i przez większość tego czasu leżał w szufladzie. Produkt, który realnie zmienił rynek, powstał dopiero w 2003 roku w Chinach – i to on rozpoczął historię, którą znamy dzisiaj.
Pomysł, który wyprzedził technologię
Pierwsze urządzenie do wdychania oparów bez spalania opatentował w 1927 roku Amerykanin Joseph Robinson. Nie myślał o nikotynie ani o paleniu – jego „elektryczny waporyzator” miał podawać opary substancji leczniczych. Patent otrzymał w 1930 roku, ale urządzenia nigdy nie zbudowano.
Prawdziwym prekursorem był Herbert A. Gilbert, który w 1963 roku zgłosił do opatentowania „bezdymny papieros niezawierający tytoniu”, a patent (US 3 200 819) otrzymał w sierpniu 1965 roku. Jego konstrukcja podgrzewała wilgotne, aromatyzowane powietrze zamiast spalać tytoń – koncepcyjnie to dokładnie to, czym jest dzisiejszy e-papieros.
Gilbert zbudował prototypy i próbował zainteresować nimi firmy tytoniowe. Bezskutecznie. W połowie lat sześćdziesiątych papierosy sprzedawały się doskonale, świadomość zdrowotna dopiero raczkowała, a technologia baterii nie pozwalała zbudować niczego, co dałoby się nosić w kieszeni. Patent wygasł, zanim ktokolwiek uznał go za wart uwagi.
Hon Lik i rok 2003
Nowoczesny e-papieros ma jednego, dobrze udokumentowanego autora. Hon Lik był chińskim farmaceutą, sam palił około dwóch paczek dziennie, a jego ojciec zmarł na raka płuc. To połączenie zawodowej wiedzy i osobistej motywacji dało efekt w postaci urządzenia, które zamiast spalać tytoń, odparowywało roztwór nikotyny w glikolu propylenowym.
Pierwsza wersja wykorzystywała element piezoelektryczny wytwarzający ultradźwięki. Rozwiązanie okazało się kapryśne, więc szybko zastąpiła je zwykła grzałka oporowa nasączana liquidem z knota – schemat obowiązujący do dziś w każdym urządzeniu na rynku.
Firma, w której pracował Hon Lik, wprowadziła produkt na rynek chiński w 2004 roku pod marką Ruyan – nazwa znaczy mniej więcej „jak dym”. Urządzenie sprzedawano wprost jako pomoc w rzucaniu palenia i substytut papierosa. W ciągu dwóch lat trafiło na eksport: najpierw do sąsiednich krajów Azji, około 2006-2007 roku do Europy i Stanów Zjednoczonych.
Pierwsza fala – kopia papierosa
Wczesne urządzenia, nazywane później cigalike, wyglądały dokładnie jak papieros – biała rurka z tlącą się na czerwono diodą na końcu. To był celowy zabieg: produkt miał być zrozumiały dla palacza bez żadnych instrukcji.
Miały też wszystkie wady pierwszej generacji. Baterie starczały na kilka godzin, wkłady kończyły się szybko, smak był umiarkowany, a jakość wykonania bardzo różna. Mimo to sprzedaż rosła, bo po raz pierwszy istniała alternatywa dostępna w zwykłym sklepie.
Regulatorzy nie mieli pomysłu, co z tym zrobić. Amerykańska FDA próbowała w 2009 roku zablokować import, traktując e-papierosy jak nierejestrowane wyroby medyczne. Sąd w 2010 roku uznał, że tak długo, jak producent nie deklaruje działania leczniczego, urządzenia należy regulować jak wyroby tytoniowe. Ten wyrok przesądził o kształcie rynku na następną dekadę.
W tle wykształciło się zaplecze produkcyjne: chińskie Shenzhen stało się światowym centrum wytwarzania e-papierosów i pozostaje nim do dziś.
Druga fala – era majsterkowiczów
Około 2009 roku pojawiły się urządzenia, które przestały udawać papierosa. Modele w rodzaju eGo miały większą baterię i napełniany zbiornik, a wkrótce dołączyły do nich clearomizery z wymienną grzałką. Sprzęt stał się widoczny, konfigurowalny i – co najważniejsze – naprawialny.
To wtedy powstała kultura wapowania w ścisłym sensie: fora, na których wymieniano się przepisami na liquidy, sklepy z barem i miejscem do siedzenia, samodzielnie budowane grzałki, mody mechaniczne, zawody w wypuszczaniu chmur. Użytkownik drugiej fali był hobbystą, który wiedział, czym jest opór grzałki i potrafił nawinąć drut.
Kategoria weszła wtedy do języka potocznego. Oxford Dictionaries uznały „vape” słowem roku 2014, co dobrze oddaje moment, w którym zjawisko przestało być niszą.
Trzecia fala – sole nikotynowe i pody
Hobby nie skaluje się na cały rynek. Przełom przyszedł od strony chemii: sole nikotynowe, spopularyzowane około 2015 roku, pozwoliły dostarczyć wysokie stężenie nikotyny łagodnie i przy niewielkiej mocy. Duża bateria przestała być potrzebna.
Symbolem tej fali stał się JUUL, wprowadzony na rynek w 2015 roku przez amerykański Pax Labs. Urządzenie wielkości pendrive’a, z fabrycznym wkładem i bez jakichkolwiek ustawień, w ciągu trzech lat zdominowało rynek amerykański. Zdominowało też debatę publiczną, gdy okazało się, jak popularne stało się wśród nastolatków – i to właśnie ta sprawa uruchomiła falę restrykcji, z którą kategoria mierzy się do dziś.
Europa poszła własną drogą. Dyrektywa tytoniowa TPD2, obowiązująca od maja 2016 roku, ustaliła ramy, w których działa cały rynek unijny: maksymalne stężenie 20 mg/ml, butelki do 10 ml, zbiorniki do 2 ml, obowiązkowe ostrzeżenia i zgłaszanie produktów przed wprowadzeniem do obrotu.
Czwarta fala i dzień dzisiejszy
Ostatnia dekada należała do jednorazówek. Połączenie soli nikotynowych, tanich ogniw litowych i produkcji na masową skalę dało produkt, który nie wymaga ładowania, napełniania ani żadnej wiedzy – i który około 2020 roku zdominował sprzedaż w większości krajów.
Zobacz również: Jak działa jednorazowy e-papieros?
Historia tej kategorii ma więc dwie odsłony. Pierwsza to czterdzieści lat pomysłu bez technologii – Gilbert miał rację o dekady za wcześnie. Druga zaczyna się w 2003 roku i trwa dwadzieścia kilka lat, w czasie których e-papieros przeszedł drogę od imitacji papierosa, przez sprzęt dla entuzjastów, po produkt masowy. Jak na kategorię konsumencką to tempo bardzo szybkie – i nic nie wskazuje na to, żeby już wyhamowało.
Artykuł został stworzony przy współpracy z https://e-smoke.org











